Jesteś tutaj

Za ubezpieczenia nieruchomości zapłacimy więcej.

Żywioły uderzają w ubezpieczycieli. Z ubezpieczenia nieruchomości zapłacimy więcej

Polisy chroniące nieruchomości podrożeją. Więcej zapłacą nie tylko właściciele budynków narażonych na powodzie czy mało odpornych na pożary, ale także na silne wiatry czy nawałnice.

Działy likwidacji szkód w zakładach ubezpieczeniowych zmagają się z kolejną falą zgłoszeń dot. zniszczeń spowodowanych przez żywioły. Po Ksawerym, który przetoczył się przez Polskę na początku października, w ostatni weekend kraj zmagał się z orkanem Grzegorz. Firmy oceniają, że wyrządził on mniej szkód, choć zaznaczają, że zgłoszenia będą do nich spływały jeszcze przynajmniej przez kilka kolejnych dni. A do listy tegorocznych niszczycielskich żywiołów trzeba doliczyć jeszcze sierpniowe nawałnice. Łukasz Wawrzeńczyk, prezes brokera ubezpieczeniowego Profika Broker, podaje, że razem z Ksawerym przełożą się one na ponad 450 mln zł wypłaconych odszkodowań.

Coraz częstsze gwałtowne zjawiska pogodowe skłaniają towarzystwa do zmiany podejścia do ochrony przed żywiołami. Będzie ono szło w kierunku bardziej dokładnych wycen poszczególnych ryzyk związanych z anomaliami pogodowymi.

– Tak jak kilkanaście lat temu branża bardzo ostrożnie podeszła do ryzyka powodzi, tak dziś zastanawia się nad skuteczną i bardziej efektywną wyceną ryzyka silnego wiatru, gradu czy uderzenia pioruna – mówi Jakub Jacewicz z zarządu Generali TU. Firma chciałaby tak zróżnicować cenę polis, aby klienci zamieszkujący domy na terenach bardziej narażonych np. na wichury płacili relatywnie większe składki niż właściciele mieszkań na zasłoniętym innymi blokami osiedlu.

– Naszym celem jest maksymalne dopasowanie ceny do ryzyka ubezpieczeniowego – mówi Jacewicz. Podkreśla, że zmiany mają przebiegać ewolucyjnie, a nie gwałtownie.

Obecnie towarzystwa przy sprzedaży ochrony przed żywiołami najmocniej przyglądają się ryzyku związanemu z powodzią i pożarami. To właśnie pod ich kątem zwykle różnicują stawki. W powszechnym użyciu są m.in. mapy pokazujące powodzie i zalania, do których doszło w Polsce nawet na przestrzeni 500 lat. W przypadku budynków, gdzie ryzyko zalania jest niskie, ubezpieczenie murów może kosztować teraz ok. 200–300 zł rocznie (dla domu o wartości 1 mln zł). – Jeśli to ryzyko jest wysokie i powodzie występują w tym miejscu częściej niż raz na 10 lat, stawki mocno rosną. Może to być nawet kilka tysięcy złotych rocznie – mówi Bartosz Salwiński z zarządu porównywarki ubezpieczeń mFind i multiagencji AB Port. Tam, gdzie zagrożenie powodzią jest najwyższe, towarzystwa wręcz odmawiają możliwości wykupienia opcji na ten żywioł.

W przypadku ochrony przed pożarem stawka jest uzależniana m.in. od konstrukcji budynku. Jeśli jest ona drewniana lub poszycie dachu jest łatwopalne, także pojawiają się zwyżki.

W przeciwieństwie do powodzi nie ma u nas jeszcze systemowego rozwiązania oceniającego prawdopodobieństwo wystąpienia orkanu czy nawałnic. Zakłady oceniają, że opracowanie takiego systemu to tylko kwestia czasu. Klimatolodzy wskazują jednak, że możliwość przewidzenia takich zjawisk w długim terminie jest niewielka. Z dużym prawdopodobieństwem ich wystąpienie i moc można prognozować z kilku- lub kilkunastodniowym wyprzedzeniem. Dlatego specjaliści spodziewają się, że towarzystwa w wycenie ochrony przed takimi żywiołami będą opierać się raczej na tym, co już się zdarzyło. A bardzo ważną rolę w wycenie ryzyka zacznie odgrywać odporność budynków na inne zjawiska niż pożar czy powódź. Jako bardziej ryzykowne oceniane mogą być m.in. te z dachami z dużych połaci materiału, łatwe do porwania przez wiatr.

– Na koszt ubezpieczenia przed żywiołami będzie wpływało to, co już pod tym względem wydarzyło się na tym terenie w przeszłości, plus stan techniczny budynków – podsumowuje Marcin Broda z firmy Ogma monitorującej rynek ubezpieczeniowy.

Z opracowań Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej na potrzeby elektrowni wiatrowych wynika, że najbardziej narażone np. na silny wiatr są Polska południowa i północna. Ponadprzeciętnie silne wiatry są także w Polsce centralnej, między Warszawą a Poznaniem.

– Tu zachodzi korelacja. Na przestrzeniach, gdzie regularnie występują silniejsze wiatry, częściej mamy do czynienia z nagłymi zjawiskami, jak nawałnice czy orkany – komentuje Wojciech Stępniewski, wiceprezes fundacji Aeris Futuro zajmującej się problematyką zmian klimatu. 

źródło: gazetaprawna.pl Małgorzata Kwiatkowska